Na przestrzeni ostatnich 10-15 lat, leczenie raka piersi bardzo się zmieniło i właściwie ciągle obserwujemy tu ogromny postęp. Dotyczy to zarówno możliwości skutecznego leczenia, komfortu życia, jak i rokowań chorych. Jeszcze kilka lat temu raka z nadekspresją białka HER2 uznawano za jeden z bardziej agresywnych podtypów tego nowotworu, dziś historie pacjentek pokazują, że innowacyjne leki o nowych mechanizmach działania niezwykle poprawiły ich rokowania.

Aneta Leszczyna diagnozę: naciekający rak, hormonozależny, HER2-dodatni usłyszała w wieku zaledwie 27 lat.  Wspaniała mama, spełniająca się w zawodzie księgowa, szczęśliwa żona, uwielbiająca podróże – w jednej chwili otrzymuje dwie wiadomości, że jest w kolejnej ciąży i ma raka piersi. 

Trudno sobie wyobrazić z jakim lękiem, bo nie tylko o siebie, ale i o swoje dziecko, musiała się zmierzyć. Dlatego zaprosiłam ją by opowiedziała, jak wyglądał jej ostatni rok, proces leczenia i jak się dziś czuje.

Droga do diagnozy

Ta historia zaczęła się już w 2019 roku. To był piękny czas, ciąża i na świecie pojawił się wasz synek. Wszystko było w porządku, czułaś się dobrze, niczego nie podejrzewałaś? 

Ta ciąża była trochę jak spełnienie marzeń. Staraliśmy się z mężem o dziecko trzy lata. W pierwszej ciąży, trzy miesiące przed rozwiązaniem, dokładnie w kwietniu 2019 r. byłam na USG piersi. Wszystko było dobrze, żadnych niepokojących znaków. Później karmiłam synka piersią. Nie szło nam najlepiej, szczególnie jedną piersią, ale położne dawały do zrozumienia, że to normalne. Ja sama nie raz słyszałam, że karmienie piersią to nie droga usłana różami. Myślałam, że skoro nie idzie najłatwiej, to tak musi być. Wtedy na głowie miałam zupełnie inne problemy, nic nie podejrzewałam.

No i nadszedł 2020 rok. Byłaś mamą wspaniałego rocznego synka, w kolejnej ciąży. Czy wtedy zaczęło się coś dziać? 

Rzeczywiście w naszym życiu pojawił się kolejny cud. Osiem miesięcy po porodzie okazało się, że jestem w drugiej ciąży. Ogarnęło nas wielkie szczęście, ale nie ukrywałam, że i strach – jak sobie poradzimy z dwójką takich maluszków. Mnóstwo skrajnych emocji.

wykrzyknik

Jednak niepokoiło mnie to, że po tym jak przestałam karmić piersią, jedna pierś mocno różniła się kształtem od drugiej. Na wizycie u doktor prowadzącej ciążę zapytałam się, jak bezpiecznie mogę pozbyć się zastoju, który powstał po karmieniu. W ogóle nie brałam pod uwagę tego, że jest to 6cm guz. Pani doktor zleciła USG piersi i cztery dni później byłam już w prywatnym gabinecie na badaniu. 

Rak naciekajacy, hormonozależny, HER2-dodatni

Czy diagnostyka przebiegła sprawnie, jaki dostałaś dokładnie wynik?

Wynik – rak naciekajacy, hormonozależny, HER2-dodatni. Jednak nie jestem odosobnionym przypadkiem, kobiet takich jak ja, które słyszą tę trudną diagnozę, jest dość dużo. Okazuje się, że nie chroni nas ani ciąża, ani karmienie piersią.

Kiedyś słyszałam o „Boskich Matkach”, czyli kobietach, które chorują w ciąży. I pewnej bezsennej nocy sobie o nich przypomniałam. Poszukałam w Internecie informacji i trafiłam na Fundację RaknRoll, która dała mi namiary na dr Agnieszkę Jagiełło-Gruszfeld. Do doktor przyjeżdżają ciężarne pacjentki z całej Polski, kilka poznałam osobiście.

wykrzyknik

Sześć dni po pierwszym USG byłam już u pani doktor w Narodowym Instytucie Onkologii w Warszawie. Jednego dnia wykonano mi całą diagnostykę. Dwa tygodnie później odebrałam wyniki i tego samego dnia otrzymałam pierwszy wlew chemii. Wszystko potoczyło się dość szybko, kompletnie się tego nie spodziewałam, ale to może i lepiej, bo nie miałam czasu, żeby się zastanawiać. 

Rak piersi w ciąży

O raku piersi rozmawiałam już z wieloma dziewczynami, ale pierwszy raz natrafiłam na pacjentkę, u której diagnoza pojawia się w ciąży. Nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie twoich emocji, czy to da się jakoś opisać? 

Bardzo trudno jest to zrobić. Informacja jaką uzyskałam od lekarza wykonującego USG, zwaliła mnie z nóg. Na pierwszym badaniu było już widać, że rak dał przerzuty do węzłów chłonnych. Polały się łzy. Nie mogłam spać, ciągle płakałam.  

Potem podeszłam do tego zadaniowo, wiedziałam, że jeszcze kilkanaście lat temu nie można było leczyć nowotworu w ciąży, a ja dziś mam szanse. Jednocześnie bardzo się bałam, co będzie z nami dalej. Myślałam o tej małej istocie, którą noszę pod sercem. Początkowo nie potrafiłam się do końca cieszyć z ciąży. 

Oczywiście, myślałam o ryzyku, bałam się, że zostawię swojego małego synka i męża. I wiesz, nie pamiętam, kiedy przestałam budzić się w nocy z płaczem. Chyba dopiero przed samym porodem. 

No właśnie, jesteś w ciąży, masz drugie małe dziecko, otrzymujesz diagnozę choroby nowotworowej, jednocześnie szaleje pandemia – jak udało wam się to wszystko ogarnąć? 

Dodatkowo w styczniu 2020 r. na raka piersi zachorowała moja mama. Diagnozowała się jeszcze na początku pandemii. Było bardzo ciężko. Wiele osób nie mogło uwierzyć, ile na nas spadło w tym samym czasie.

Na swoje leczenie jeździłam 300 km. Przy malutkim dziecku wymagało to sporej logistyki. Jednak udało nam się wszystko pogodzić – tylko dzięki pomocy najbliższej rodziny. 

Leczenie raka piersi

Jakie zapadły decyzje terapeutyczne, jak dokładnie zdecydowano, że będziesz leczona? 

Chemioterapia – 4 wlewy co dwa tygodnie i 12 wlewów co tydzień. Przy moim typie nowotworu powinnam otrzymywać także podwójną blokadę HER2+. Niestety istniało ryzyko, że leki te przenikną do łożyska. Dlatego z tego bardzo ważnego leczenia celowego anty-HER2 musieliśmy zrezygnować na tamten czas. 

Obecnie po operacji kontynuuję leczenie jednym z tych leków co trzy tygodnie, również w Warszawskim Instytucie Onkologii. 

Czyli można leczyć raka piersi także w ciąży? 

Diagnostyka, jak również chemioterapia są bezpieczne. W zależności od momentu diagnozy, jak również od typu i zaawansowania nowotworu, kobiety w ciąży są również bezpiecznie operowane. 

Niestety nie obyło się bez przeszkód, jakich? Jak znosiłaś chemioterapię, bo chyba pogodzenie się z łysiną to była najprostsza rzecz? 

W trakcie 4. oraz 5. wlewu tzw. białej chemii dostałam duszności, pomimo zwiększenia dawki leków przeciwuczuleniowych. Niestety wymagało to zmiany podawanego leku. Zmiana ta nie była korzystna, ale nie było wyboru. 

Podczas chemioterapii byłam słaba, dużo leżałam i spałam. W tym czasie mogłam liczyć na pełne zaangażowanie i wsparcie mojego cudownego męża. Mąż zgolił mi włosy. Robiliśmy sobie dużo żartów z mojej łysiny. Tak odreagowywaliśmy stres.

I nadszedł czas porodu – jak wyglądało przygotowanie, czy było jakieś niestandardowe? 

Ciąża była rozwiązana planowo w 35 tyg. Otrzymałam sterydy przed porodem, aby przygotować córeczkę do przyjścia na świat nieco szybciej. 

Gdy już pojawiła się na świecie, to zaczął się intensywny czas leczenia?

Leczenie właściwie zwolniło. Dwa tygodnie po porodzie miałam mieć operację. Przed nią wykonałam test na COVID-19. Wynik wyszedł pozytywny. Czułam się dobrze, na szczęście zakażenie przebiegło bezobjawowo, jednak nastąpiła zmiana planów w leczeniu.  

Chemię przedoperacyjną skrócono mi o dwa cykle. Te dwa cykle otrzymałam po porodzie. Pamiętam 19 grudnia 2020 r. byłam u fryzjera, bo odrastające włosy wymagały już ogarnięcia, a tuż przed Świętami ponownie zaczęły wypadać. Było mi bardzo przykro. Nie dość, że nie miałam operacji i dalej musiałam żyć z guzem, to dodatkowo znów byłam łysa. Chemia mnie ponownie osłabiła i nie byłam w stanie zajmować się dwójką dzieci. 

Dziś masz już za sobą operację i radioterapię, jak się czujesz? 

Operacja przebiegła bez komplikacji (mastektomia radykalna). Wycięto mi 21 węzłów chłonnych pachowych. Od razu po operacji zaczęłam rehabilitację. Czuję się dobrze, ale gdy za dużo dźwigam, a przy dwójce maluszków o to nietrudno, to boli mnie ręka po stronie operowanej. 

Ogromne wsparcie rodziny

Napisałaś u siebie na Instagramie, że choroba nie dotyczy tylko ciebie, co to znaczy? 

Szwagierka i jej mąż, którzy mieszkają blisko nas dostosowali swoje plany pod mój grafik leczenia. Moja mama, która kilka tygodni wcześniej rozpoczęła chemioterapię, pomagała mi zajmować się synkiem, gdy mąż był w pracy. Śmiejemy sie, że sama nie miała czasu chorować, dlatego tak dobrze zniosła swoje leczenie. Mąż i jego brat wozili mnie na chemioterapię do Warszawy. 

W życiu kilku bliskich mi osób, moja choroba była na pierwszym miejscu. Rodzina i znajomi wciąż pytali, czy potrzebujemy pomocy, martwili się o mój stan zdrowia i córeczki. Nie przestanę im dziękować za to, że ich mamy.

Kto był i jest twoją największą ostoją? 

serce

Zdecydowanie mój mąż. On jak nikt potrafi mnie “naprostować”, gdy mam słabsze momenty i zawsze mogę na niego liczyć. Jest wspaniałym ojcem i dzięki niemu jestem spokojniejsza.  

Czy jest jakaś różnica w życiu przed chorobą, a tym po zakończonym leczeniu? 

Jest ogromna. Myślę, że na wiele moich przemyśleń nałożyła się choroba i pandemia. Nie chcę już odkładać nic na potem. Chcę się więcej spotykać z rodziną i przyjaciółmi. Cieszę się z tego co mam, ze wszystkiego co dobre wokół mnie.

Co daje ci najwięcej radości? 

serce

Odpowiedź jest bardzo prosta – moje dzieci. Szybko doszłam do siebie po porodzie i wydaje mi się, że równie sprawnie po operacji. To dla nich muszę być zdrowa i sprawna.