Tarczyca jest niewielkim gruczołem zlokalizowanym w przedniej części szyi poniżej krtani. Jej płaty znajdują̨ się po obu stronach tchawicy i tworzą przez to kształt motyla. Jest ona częścią skomplikowanej sieci gruczołów nazywanych układem hormonalnym. A głównym zadaniem tego niewielkiego gruczołu jest wytwarzanie hormonów tyroksyny (T4) oraz trójjodotyroniny (T3), które uwolnione do krwiobiegu kontrolują metabolizm każdej komórki w organizmie. 

Sama praca tarczycy jest regulowana przez tyreotropinę (TSH), którą wytwarza przysadka mózgowa. Samo TSH pobudza tarczycę do produkcji hormonów, które z kolei hamują wydzielanie TSH. Mechanizm ten nazywany jest ujemnym sprzężeniem zwrotnym i to właśnie on utrzymuje hormony na właściwym poziomie. 

Mimo, że jest to stosunkowo niewielki gruczoł, to możemy powiedzieć, że jest silnikiem naszego organizmu. Hormony, które produkuje, regulują jego metabolizm, czyli wpływają na to, ile spalamy kalorii, na siłę mięśni, stężenie cholesterolu. Warunkują jak szybko pracuje nasze serce, mózg i inne organy. Może wpływać na nasze samopoczucie, poziom energii, a nawet pamięć.

Rola tarczycy w naszym organizmie jest niepodważalna, niestety zbyt często ją zaniedbujemy. Nie badamy się; zapominamy, że narażona jest na wiele chorób – od niedoczynności i nadczynności, przez choroby autoimmunologiczne aż po raka tarczycy, z którym zmaga się coraz więcej osób. 

Moja historia walki z rakiem


Dlatego dziś chciałabym pokazać Wam historię Karoliny Wilk – szalonej, kochającej matki i żony, ale przede wszystkim szczęśliwej kobiety! Z wykształcenia dziennikarki, z wyboru blogerki. Mamę Kacperka (12.2012), Poli (10.2019) i żonę fantastycznego męża Radka. Kolejna silna i wspaniała kobieta, która stanęła na mojej drodze. Ciągle nie mogę się nadziwić – ile w ludziach, tych którzy walczyli z ciężką chorobą albo nadal z nią żyją jest siły, inspiracji, niewyczerpanych źródeł dobrej energii. 

Wiem, że Karolina chciałaby, byście po lekturze naszej rozmowy zrobili jedno: USG tarczycy. A ja mam nadzieję, że zrobicie coś jeszcze: nie odłożycie tego na potem!

Dziękuję, że zgodziłaś się na tę rozmowę. Domyślam się, że tworząc pierwszego w Polsce ebooka o raku tarczycy oczami pacjenta, chciałaś poniekąd rozliczyć się z tym tematem – raz na zawsze. Udało się?

To ja dziękuję bardzo za zaproszenie do rozmowy! (uśmiech)

Czy chciałam się rozliczyć z tematem?

Tak, teraz widzę, że tak. Do pisania szykowała się bardzo długo – pierwszy raz pomyślałam o tym już po 2 latach od diagnozy, ale nie potrafiłam się za to zabrać. Potrzebowałam czasu. Zrobiłam sobie roczny oddech od tematów tarczycowych na blogu, przestałam opowiadać o postępach swojego leczenia i etapie, na jakim byłam. Musiałam się mocno zdystansować, poukładać swoje życie na nowo. 

To dało mi mnóstwo siły. Ten czas był też ważny z innego powodu – dostawałam setki pytań na temat choroby, wsparcia bliskich, leczenia, samopoczucia. Dzięki temu ebook jest dużo bardziej kompletny, bo uzupełniony o doświadczenia innych, nie tylko moje. Pisząc go, zamknęłam pewien etap i z pełną świadomością mogę powiedzieć, że oddając go w ręce innych, poczułam ogromną ulgę! Pracowałam nam nim długo, ale wiem, że było warto. Czegoś takiego nie ma, a jest bardzo potrzebne. 

Pacjenci szukają informacji o swojej chorobie

Sama doskonale pamiętam, jak zaczęłam szukać pierwszych informacji na temat raka tarczycy – w Internecie jest tego bardzo mało, a to co jest, nie napawa optymizmem. Do dziś pamiętam, kiedy trafiłam na statystyki umieralności i zamknęłam laptopa szybciej, niż zdołałam się w nie wgryźć. Nie jestem lekarzem, nie mam wiedzy medycznej i absolutnie nie chciałam porywać się na teksty wchodzące w kompetencje lekarzy. Mogłabym wyrządzić tym więcej szkody niż pożytku. Sprawy medyczne zostawmy lekarzom.

Skupiłam się na drugim aspekcie, który jest bardzo potrzebny choremu – wsparcie psychiczne. Lekarze nie zawsze mają czas, żeby usiąść i spokojnie porozmawiać, pocieszyć, wyjaśnić, przytulić, okazać wsparcie. A jest to nieodłączny etap leczenia, bez którego ciężko jest je przejść. Ja skupiłam się właśnie na tym. Chcę dać siłę, energię, potrzymać za rękę, wesprzeć i powiedzieć: “Hej, razem damy radę”. Ebook pobrało już tysiące osób i mam nadzieję, że jest dla nich ogromnym wsparciem. Bardzo zależało mi, żeby był łatwo dostępny. Dlatego był, jest i zawsze będzie darmowy – to taki mój dług wdzięczności wobec losu. (uśmiech)

Powrót do przeszłości

Wiesz, tym bardziej doceniam, że dziś na chwilę znowu ze mną do tego wrócisz. Cofnijmy się zatem do 2016 roku, usłyszałaś wtedy diagnozę: rak tarczycy, ale dla ciebie ten cały okres był dodatkowo trudny z wielu powodów, dlaczego?

Rok 2016 to był najtrudniejszym, a zarazem najpiękniejszym rokiem w moim życiu. Prowadziłam firmę, robiłam fajne projekty, byłam w drugiej, upragnionej ciąży. Zaczęło się naprawdę dobrze. Profilaktycznie postanowiłam przebadać pracę tarczycy, bo dwie moje przyjaciółki miały z nią problem w ciąży. Z wizyty u pierwszego lekarza nie byłam zadowolona, a że wszystko było dobrze, postanowiłam pójść na ostatnią wizytę do innego specjalisty i zakończyć leczenie endokrynologiczne, skoro go nie potrzebowałam.

Ta ostatnia wizyta, okazała się rozpoczynającą kolejne. Nowy endokrynolog znalazł na tarczycy dwa spore guzy, które od początku mu się nie spodobały. Na moje pytanie, czy to może być rak, odpowiedział tylko: “Zrobimy wszystko, żebyś wyszła z tego cało, Ty i dziecko”. 

Rak brodawkowaty tarczycy

Nie wiem, czy to był tak silny stres, czy wcześniej doszło do poronienia, ale kilka godzin później trafiłam na SOR z krwotokiem. W Dniu Kobiet miałam zabieg, w dzień swoich 29 urodzin wyszłam ze szpitala. Chwilę później biopsja potwierdziła raka brodawkowatego tarczycy, nowotwór złośliwy. Dodając do tego fakt, że w tym samym czasie straciłam pracę, przyznaję, że się załamałam. Strata ciąży i rak przewaliły moje życie do góry nogami.

Diagnoza i strata

Czułam się jak w filmie, jakbym stała obok odgrywającego się świata grozy. Dwa tygodnie przepłakałam w łóżku – miałam 29 lat, trzyletniego synka, męża. Nie pamiętam jaki był to dzień, ale stwierdziłam, że jeśli nie mam siły działać, to oznacza, że będę potrzebować pomocy specjalisty. Udało mi się, wstałam i nie wiem jakim cudem znalazłam siły, by podjąć walkę. 

Trafiłam na wspaniałych lekarzy, miałam ogromne wsparcie rodziny i przyjaciół, co dodawało mi otuchy. Miesiąc po diagnozie byłam już po operacji. Był czerwiec i kolejne pół roku przede mną, to już było zupełnie inne życie. Inna ja.

Rak tarczycy nie boli. Wykrywa się go często przypadkiem. Czy u ciebie wcześniej objawy wskazywały, że dzieje się coś złego?

Zgadza się, to bardzo podstępny rak. Rzadko kiedy daje objawy, chyba że już naprawdę jest zaawansowany, pojawia się chrypka. Dlatego tutaj tak ważna jest profilaktyka. I koniecznie wykonywanie profilaktycznego badania USG. Z samej krwi, z poziomu TSH, nie da się stwierdzić, czy mamy do czynienia z rakiem. To może pokazać tylko USG.

U mnie wyniki badań były zawsze w normie. Dopiero USG pokazało centymetrowego guza. Dlatego tak często mówię o tym na blogu i w swoich mediach społecznościowych – jeśli wyniki krwi są dobre, zróbcie raz na kilka lat USG. Gdyby nie ciąża i nie profilaktyczne badanie, być może do dziś bym nie wiedziała, że coś się dzieje.

Badajmy się

Czyli podsumujmy, jak często i jakie badania?

Raz do roku, kiedy sprawdzamy morfologię, wykonajmy też pakiet tarczycowy. Samo TSH nie wystarczy. Laboratoria mają w ofercie właśnie takie pakiety tarczycowe i raz do roku, dobrze byłoby to sprawdzić. Nie zapominajmy też o USG – jeśli nigdy nie mieliśmy wykonanego USG tarczycy, dobrze to zrobić. Tak dla pewności. Na badanie można pójść do endokrynologa lub radiologa. Można je zrobić ze skierowaniem od lekarza rodzinnego albo prywatnie. (przyp.red. USG tarczycy warto robić co najmniej raz na dwa lata).

Wiedza uspokaja

Bałaś się biopsji tarczycy, co kobiety powinny o niej wiedzieć?

Ojej, bałam się to mało powiedziane. Ja byłam przerażona! Kiedy siedziałam w poczekalni i czekałam na swoją kolej, wyszła z gabinetu starsza pani z ogromnym plastrem na szyi, wtedy miałam ochotę uciec. Na szczęście był ze mną mąż. Kolejny raz poty mnie oblały, kiedy przeczytałam listę możliwych skutków ubocznych i powikłań. Mąż mi ją zakrył, widząc moją panikę i prosił bym tylko podpisała, bo i tak muszę to zrobić. Koniec końców okazało się, że biopsja była bezbolesna. Igła jest bardzo cienka. Trzeba tylko pamiętać, żeby przez te kilka sekund nie przełykać śliny.  

Pytania o biopsję

Biopsja to zabieg bezpieczny, nie powoduje uzłośliwienia guza, nie powiększa go itp. Namawiam też, by nie czytać o zabiegu w Internecie – jest tam dużo nieprawdy i można się skutecznie wystraszyć, a co za tym idzie zrezygnować.

W twojej książce pojawia się coś, czego brakuje w opracowaniach dla pacjentów. Ze szczegółami opowiadasz cały plan dni pobytu w szpitalu, mam wrażenie, że to nieoceniona pomoc dla innych pacjentek – taki miałaś zamiar?

Bardzo mi na tym zależało, żeby pokazać dzień po dniu, jak wygładza hospitalizacja. Opisuję wszystko od momentu przekroczenia drzwi instytutu, aż do wyjścia ze szpitala. O ile operację człowiek potrafi sobie wyobrazić, gdyż zabieg nie różni się wiele od innych. Samopoczucie, procedury, dreny, wszystko wygląda tak samo, o tyle jodowanie budzi wiele pytań. Zrobiłam na oddziale mnóstwo zdjęć, żeby pokazać, że nie jest tak strasznie, jak się o tym mówi. 

Kiedy dowiedziałam się, że będę przebywała na oddziale zamkniętym, byłam przerażona. Bo co to tak naprawdę znaczy oddział zamknięty? W praktyce okazało się, że to oddział, na którym podaje się doustniepacjentowi promieniotwórczego izotopu jodu. To nie prawda, że przez kilka dni nie mamy kontaktu z lekarzami, wszystko odbywa się normalnie, ale z zachowaniem wszelkich norm bezpieczeństwa.

Wiele osób pisze mi, że po przeczytaniu opisu tych warunków hospitalizacji odetchnęło z ulgą ­– i na tym mi zależało. Chory ma wystarczająco dużo stresu, wiedza co go czeka ma ogromne znaczenie.

Robić swoje i do przodu

Co z twojej perspektywy było najtrudniejsze w tym procesie?

Poukładanie sobie wszystkiego w głowie. Wiesz, kiedy chorujesz wchodzisz w taki stan, gdzie oddzielasz życie od tego, jakie było przed i jakie będzie po. Stan obecny to taka próżnia, czas na przespanie, coś co jest i o tym się zapomni. Ja tak wegetowałam jakiś czas. Aż okazało się, że leczenie nie przyniosło oczekiwanych rezultatów i trzeba je powtórzyć. Kolejny raz załamał mi się grunt pod nogami.

Miałam ogromne szczęście, że trafiłam na cudownego lekarza. Poświęcił mi mnóstwo czasu. A jego słowa pamiętam do dziś: „Z chorobą trzeba wygrać w głowie. Pogodzić się z tym, że ona jest. I żyć z nią. Albo inaczej – żyć pomimo niej”.

Nie uzależniać swoich planów od tego, co może się stać, bo to wcale nie musi się wydarzyć. Wpisać każdą kolejną wizytę w instytucie w kalendarz, obok wyjazdów, spotkań i innych ważnych rzeczy do zrobienia. Traktować to jako coś naturalnego. I nie pozwolić, żeby to choroba zdominowała życie. Nie myśleć o niej cały czas – robić swoje. Skoro dobrze się czuję, mam plany i marzenia, to mam je realizować i dodatkowo się leczyć. Nie czekać, aż wyleczę się całkowicie, bo zmarnuję życie – a gwarancji na życie nikt mi nie da.

Operacja tarczycy

Przeszłaś radykalną operację wycięcia tarczycy, jak wygląda dziś twoje leczenie?

Cały czas byłam pod opieką swojego endokrynologa, onkologa, kiedy trzeba było i chirurga. Teraz jestem pod opieką endokrynologa i raz do roku jeżdżę na kontrolę do instytutu onkologii.

Rak tarczycy i co dalej. Bardzo zmieniło się twoje życie, dieta, hormony, walka o formę?

Na początku leczenie raka tarczycy polega na wycięciu tarczycy oraz jeśli trzeba – jodowaniu. Jeśli zakończy się ten etap, dalsze leczenie wygląda tak, jak w przypadku chorej tarczycy, czyli przyjmowanie hormonu tarczycy i dbanie o to, żeby wyniki były na odpowiednim poziomie. Co kilka miesięcy robię badania z krwi oraz USG.

Rak tarczycy zweryfikował wiele rzeczy

Moje życie się zmieniło, bo przeszłam przez etap: „Najwyżej się nie uda i co z tego?” (uśmiech) Zawsze miałam dobrze poukładane priorytety w życiu, ale ciągle brakowało mi odwagi. Teraz dużo śmielej sięgam po marzenia, nie boję się wyznaczać sobie trudne cele i krok po kroku je realizować. Nie zniechęcają mnie porażki – próbuję, próbuję i próbuję. A jak się nie udaje, wyciągam lekcje i dalej próbuję. (śmiech)

Po chorobie zweryfikowały mi się niestety, a może i stety, znajomości. Nie każdy udźwignął ciężar mojej nowej sytuacji, nie każdy chciał być obok. Odcięłam się od osób, które podcinały mi skrzydła i otoczyłam się takimi, którzy mi kibicują. Wszystkim to dziś polecam, to naprawdę pomaga i dodaje energii! Jeśli chodzi o bardziej przyziemne sprawy, czyli np. waga: tutaj nie miałam problemu. Wiem, że mnóstwo osób boryka się z nadwagą, że hormony bardzo doskwierają. Ja miałam o tyle szczęścia, że moja waga nie drgnęła, hormony szybko się ustabilizowały, forma psychiczna była bardzo dobra. 

Rak tarczycy a ciąża

Nie miałam też problemów z zajściem w ciążę i utrzymaniem hormonów na odpowiednim poziomie przez 9 miesięcy. Doceniam jakie mam ogromne szczęście. Oczywiście przestrzegam zdrowej diety, staramy się jeść naprawdę zdrowo, w ciągu dnia jest też miejsce na aktywność fizyczną. 

Rak tarczycy to nie wyrok

W swojej książce powtarzasz: rak tarczycy to nie wyrok, ale przyznajesz jednocześnie, że choruje cała rodzina. Na jakie ty mogłaś liczyć wsparcie?

Rzeczywiście, kiedy w domu ktoś choruje, to tak naprawdę choruje cała rodzina. Nie da się od tego odciąć, temat pojawia się cały czas, trudno nieraz funkcjonować. Wsparcie jest bardzo ważne, dlatego też jeden z rozdziałów jest poświęcony temu, jak wspierać chorych. Ja miałam ogromną pomoc na każdym polu ­– nie było problemu, żeby odpocząć po zabiegu, żeby dojść do formy.

Mam męża, który starał się wszystko jak najlepiej ogarnąć, cudownych rodziców, rodzeństwo, którzy bardzo pomagali i angażowali się w nasze życie. Mama gotowała obiady, pomagała przy sprzątaniu, opiece nad dzieckiem. Kiedy byłam po jodowaniu i nie mogłam przebywać z dzieckiem, mieszkałam u moich teściów, którzy stawali na głowie, żeby było mi dobrze i miło. Teściowa codziennie gotowała mi moje ulubione dania (uśmiech). Przyjaciele byli obok, przyjeżdżali, dzwonili, przywozili książki, czekoladki, wyciągali na kawę. Miałam wsparcie, jakiego życzę każdemu, bo pomaga ono dużo szybciej się zregenerować i wrócić do normalnego życia.

Daj sobie czas

Co powiedziałabyś kobiecie, która jest dopiero na początku tej drogi, usłyszała właśnie diagnozę: rak tarczycy?

To, co sama chciałabym wtedy usłyszeć to: Rak to nie wyrok. Wyjdziesz z tego, to da się leczyć. Potrzeba czasu, dużo Twojej siły i pozytywnego nastawienia. Zaufaj też lekarzom. Nie szukaj metod alternatywnych, ale oddaj się w ręce tych, którzy dziennie leczą tysiące osób w takiej samej sytuacji jak Ty.

Z pewnością dodałabym również, żeby bardzo starannie należy dobierać miejsca w Internecie, gdzie szuka się odpowiedzi na pytania. Szerokim łukiem omijaj fora dyskusyjne i zapisuj się tylko do takich grup, nad którymi ktoś ma jakąś kontrolę, gdzie oddziela się fakty medyczne od “wydaje mi się”, “mi pomogło”, lub co gorsza namawiają na medycynę alternatywną.

I jeszcze jedno pamiętaj rak tarczycy nie przekreśla planów macierzyńskich. A blizny dodają tylko siły!

Warto walczyć

Kobieta jest siłą – jesteś tego fantastycznym przykładem, skąd czerpiesz taką energię? 

Strasznie Ci dziękuję za te słowa. (uśmiech) Napędza mnie życie! Tak jak wspomniałam, rok 2016 był czasem wielkich zmian i te zmiany trwają do dziś. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie zrobiłam, to przestałam siłować się z życiem, wymagać za dużo, porównywać się do innych osób. To dało mi ogromną swobodę działania i pozwoliło pogodzić się z tym, co jest tu i teraz.

Życie wcale nie jest niesprawiedliwe, tylko my często tak je postrzegamy, porównując siebie do innych osób – a to najgorsze, co można zrobić. Mnie przez lata to stopowało! Nikt z nas tak naprawdę nie wie, ile czasu, nieprzespanych nocy, ile energii kosztowało drugą osobę to, aby być w miejscu, w którym jest. Założę się, że gdyby tak każdy poznał historię osoby, której zazdrości, za żadne skarby by się z nią nie zamienił miejscami. 

Doceniam to co mam

Wyznaję też zasadę, że wystarczy być odrobinę wyrozumiałym dla życia, a stanie się ono nie tylko znośne, ale i całkiem fajne! Przecież mam świetną rodzinę, fantastycznego męża, cudowne dzieci, pracę którą kocham, jestem zdrowa – czego chcieć więcej!

Mam najcudowniejszych czytelników pod słońcem, którzy motywują mnie do działania. Życie jest naprawdę fajne. Wiesz, mówi się, że człowiek ma dwa życia: najpierw pierwsze, a potem drugie, kiedy zorientuje się, że to jest już to ostatnie. I ja absolutnie nie chcę go zmarnować i przejść przez nie z uśmiechem na ustach. Bo szczęście jest proste!

Okrzyk radości Karoliny