Gdy zdiagnozowano u niej nowotwór złośliwy prawej piersi z przerzutami na węzły chłonne, miała dopiero 21 lat. 21 lat – to wiek, w którym człowiek wkracza dopiero w dorosłe życie, stara się być samodzielny, ale nadal ma szalone pomysły, setki marzeń, chce się bawić, tańczyć i siedzieć z przyjaciółmi do rana na domówkach.

Tymczasem bez pytania otrzymuje walizkę z napisem „rak piersi” i informacje, że jej życie totalnie się teraz zmieni, że nie czas na beztroskę, ale trzeba walczyć o zdrowie i życie. Jakie myśli pojawiają się wtedy w głowie, czy jest czas na bunt i łzy, czy można pozwolić sobie na słabość, jak się nie podawać, jak walczyć o siebie?


Dziś chcę Wam przedstawić historię Patrycji Dec. Jej perspektywa i podejście do walki z nowotworem, to dowód na ogromną siłę kolejnej kobiety, niezależnie od wieku czy doświadczenia. Patrycja przyznaje, że nie zawsze potrafimy zrozumieć, dlaczego dotyka nas tyle zła, ale ją życie nauczyło, że najpierw należy wszędzie szukać pozytywów.

Nowotwór i młoda kobieta

Kiedy kobieta ma dopiero 21 lat, to zakłada się, że rak piersi na pewno jej nie dotyczy, też tak myślałaś?

Wiek to tylko liczba. Dla nowotworu nie ma żadnego znaczenia czy masz siedem, czy dwadzieścia jeden, trzydzieści pięć, czy sześćdziesiąt siedem lat; jesteś kobietą czy mężczyzną, zarabiasz kilka tysięcy złotych miesięcznie czy średnią krajową albo masz rodzinę czy jesteś singlem. Jedynie co zauważyłam to, że wiek powoduje, iż inaczej podchodzimy do całej sytuacji. Dopóki nie doświadczy się niepokojących objawów, nie usłyszy diagnozy, to mało kto o tym myśli. W moim przypadku właśnie tak było.

Samobadanie

To jak to się stało, że padła u ciebie ta diagnoza? Jakie miałaś objawy?

Początki mojej relacji z rakiem sięgają lutego 2018 roku. Wtedy mając jeszcze 19 lat, będąc maturzystką, sama pierwszy raz wyczułam guza. Kilka dni później zrobiłam USG piersi a później biopsje cienkoigłową. Po 2-3 tygodniach poznałam wynik – zmiana łagodna. Ucieszyłam się i odetchnęłam z ulgą. Wtedy nie przeszło mi nawet przez myśl, że powinnam to jeszcze dalej konsultować. Lekarz poradził: „Za rok proszę iść na kontrolę”, a ja posłuchałam.

W ciągu roku skończyłam technikum napisałam maturę, znalazłam pierwszą pracę. W marcu 2019r., kilka dni po swoich 21. urodzinach poszłam na kontrolne USG. Przed gabinetem trochę się stresowałam, ale na pewno nie byłam gotowa na to co będzie mnie czekało. Weszłam do gabinetu, położyłam się na łóżku, a pani doktor zaczęła badanie.

Nastała niepokojąca cisza. Te słowa zapamiętam do końca życia. Stwierdziła, że guz i węzły chłonne wyglądają tragicznie i jak najszybciej należy to dalej konsultować z lekarzem-onkologiem. 

Karta DiLO

Po badaniu wypisano mi kartę DiLO (Karta diagnostyki i leczenia onkologicznego). Pani z przychodni poleciła Szpital Onkologiczny Magodent. Następnego dnia pojechałam, by umówić się na wizytę. Na niej dostałam skierowania na: biopsje gruboigłową, tomografię komputerową. 11 kwietnia zrobiłam biopsje. To chyba było najbardziej bolesne badanie jakiekolwiek miałam robione. Jak wyszłam z gabinetu pielęgniarka chwilę ze mną porozmawiała, dodała mi otuchy. Jestem jej wdzięczą, bo poczułam, że jest moim wsparciem. Niedawno rozmawiałyśmy i przyznała, że nadal pamięta mnie z tamtego dnia, rozmowę, moje zachowanie i ten strach w oczach. 

Czekając na wyniki dni strasznie mi się dłużyły, czułam, że trwa to wieczność. Codziennie tworzyłam wiele teorii w swojej głowie. Może trochę za bardzo się nakręcałam, ale to, że nastawiałam się na chorobę, spowodowało, że trochę się psychicznie przygotowałam. Dużo czytałam w Internecie, pewnie niepotrzebnie, ale to było silniejsze ode mnie. 25. kwietnia miałam wizytę z wynikami badań. Było opóźnienie, stresowałam się strasznie, trzęsłam się ze strachu. Weszłam do gabinetu, usiadłam, lekarz spojrzał w wynik i powiedział, że wykryto raka. Nie chciałam płakać, ale nie umiałam powstrzymać łez, które w ciągu kilku sekund pojawiły mi się w oczach i zaczęły spływać po policzkach. Mama czekała przed gabinetem, martwiła się, bo byłam w środku sporo czasu. 

Od lekarza dostałam kolejne skierowania m.in. na wszczepienie portu dożylnego. Wkłada się go po to, żeby chemia nie zniszczyła żył. Następnego dnia, gdy byłam w pracy zadzwonił do mnie lekarz, powiedział, że przyszły dokładne badania histopatologiczne i wyniki nie są złe; zaprosił mnie 29 kwietnia na pierwszą chemioterapię. No i się zaczęło…

Czas na walkę

Zaczęła się walka. Czy specjalistom udało się w ogóle zidentyfikować przyczyny pojawienia się u ciebie raka?

Przyczyn nie znamy. Być może jakiś wpływ miały moje problemy hormonalne. Od paru lat borykam się z trądzikiem, brałam już wiele leków. Trądzik powodował u mnie bardzo niską samoocenę, dlatego chciałam się go pozbyć. 

Rzeczywiście w mojej rodzinie były przypadki nowotworów. U babci były zmiany w piersi, więc poddała się operacji jej usunięcia. Dziadek chorował na raka jelita grubego, niestety siedem lat temu zmarł, odszedł, ale walczył do ostatnich swoich chwil. Dlatego w trakcie leczenia mój lekarz zasugerował, bym zrobiła badania genetyczne. Na szczęście żadnego genu nowotworowego nie stwierdzono.

Nowotwór nie zadaje pytań

Wróćmy do diagnozy: rak piersi z przerzutami na węzły chłonne, pamiętasz co wtedy pomyślałaś?

Myślę, że moja reakcja na diagnozę była dość naturalna – płacz. Przede wszystkim nie wiedziałam co mnie czeka. Czas, edukacja, wsparcie od specjalistów i najbliższych powoli zmieniały moje nastawienie. Po każdej chemii byłam bardziej świadoma, wiedziałam co mnie mniej więcej czeka. Oczywiście odczuwałam strach i stres na początku każdego etapu (chemioterapia, operacja oraz radioterapia). Mówi się, że czas leczy rany, może to prawda, ale z mojego doświadczenia wiem, że czas pomaga nam lepiej żyć, bo niektóre rany nie znikną. To co goi się na zewnątrz wcale nie oznacza, że wewnątrz też zanika. 

Wspomniałaś o wsparciu, jakie ono ma znaczenie dla pacjenta onkologicznego?

Każdy z nas reaguje inaczej i potrzebuje mniej lub więcej czasu i wsparcia. Wydaje mi się, że ja na oswojenie się z całą sytuacją nie potrzebowałam go aż tak dużo. Co chemie czułam się mniej zestresowana i przerażona. Później to już było przyzwyczajenie, działałam zadaniowo. Jednak 16 chemii (4 czerwone i 12 białych) i 25 naświetleń to nie mała liczba. 

Rodzina moją ostoją

Wsparcie miałam, mam i jestem pewna, że zawsze będę miała. Rodzina, przyjaciele stanęli na wysokości zadania, to mi pomogło. Oczywiście nie było łatwo, ale gdy zrozumiałam, że mam dla kogo żyć, to na wszystko zaczęłam inaczej patrzeć. Wiem, że z ludźmi rożnie bywa, u mnie też to się sprawdziło. Sytuacja zweryfikowała pewne relacje. Miło się zaskoczyłam, ale też w niektórych przypadkach zawiodłam, jednak nie mam do nikogo żalu. 

Osoby, które przez szkole stały mi się bliskie nie odwróciły się ode mnie, wiem, że mogę do nich napisać czy zadzwonić. Wygadać się, wypłakać, pośmiać. Nie spotykamy się zbyt często, ale czuję, że mogę na nich liczyć. 

Jestem bardzo wdzięczna rodzinie, przyjaciołom i znajomym za wsparcie i będę to stale powtarzać.

Proces leczenia

A jak lekarze wprowadzili cię w cały proces leczenia?

Lekarz przedstawił mi plan leczenia, pierwsze cztery chemie co 2 tygodnie, a jeśli wyniki miałabym złe, to odbywały by się co 3 tygodnie. Kolejne 12 (białych chemii) co tydzień. Przed każdą chemioterapią po zgłoszeniu się w rejestracji, wypełnieniu dokumentów pobierano mi krew do badań. Czekałam 1-2h na wynik, czy są na tyle dobre, że mogę przyjąć kolejny wlew. 

Na szczęście zawsze wyniki były dobre i nie było przeciwskazań do podania kolejnej dawki. Najtrudniejsze było oczekiwanie na pierwszą chemioterapię. Kolejne już przyjęłam z większym spokojem. W między czasie schodziłam do bufetu coś zjeść, bo wiedziałam, że później będzie z tym trudniej.

Pierwsza biała chemia została przerwana, bo moje samopoczucie pogorszyło się w trakcie jej podawania. Wracając do domu kładłam się do łóżka, ciężko mi było spojrzeć na jedzenie, ale nie dlatego, że nie mogłam jeść. Kierował mną strach przed wymiotami, na szczęście leki, które brałam przy czerwonej chemii powodowały, że mnie ominęły. 

Czego najbardziej bałaś się na początku, czy proces leczenia jakoś to zweryfikował?

Może zabrzmi to niezbyt pozytywnie, ale najbardziej bałam się, że nie dam rady. Przegram walkę i odejdę. Analizowałam sytuację, słuchałam lekarzy, pielęgniarek, psychologa, rodziny oraz znajomych i z czasem przestałam tak myśleć. Nauczyłam się z tym żyć. 

Czy się pogodziłam? 

Na początku nie było łatwo, w głowie miałam bałagan, ale później zaczęło mi to przeszkadzać. Za cel postawiłam sobie motto – nie poddam się! Teraz już to zaakceptowałam, moje nastawienie do samej siebie, problemów, ludzi diametralnie się zmieniło. Czuje, że psychicznie jestem silniejsza i pewniejsza siebie. Wstałam z podwójną siłą, z czego jestem dumna. Czas, wiedza i doświadczenie jakie zgromadzałam w trakcie tych 10. miesięcy zweryfikował wiele życiowych kwestii. Przeszłam dużo, choć nadal nie jestem z kamienia i zdarzają się sytuacje, które bolą. Wtedy staram się szukać pozytywów i to mi pomaga. 

Chemioterapia

Wybacz, że dopytuję, ale inne pacjentki często szukają odpowiedzi na to jak dokładnie wygląda leczenie, ile trwało, jak się podczas niego czułaś?

Chemioterapie zaczęłam 29 kwietnia, zakończyłam 10. września. 3. października odbyła się pierwsza operacja, 7. listopada druga. Przez kolejny miesiąc rehabilitacja. I ostatni etap to była radioterapia od 30. grudnia do 31. stycznia 2020 r. Jakbym miała podsumować moje samopoczucie to było raz z górki, raz pod górkę. Byłam osłabiona, ale zdarzało się że po wlewach miałam tyle energii, że moja mama, jak wspominamy śmieje się, że to były chyba jakieś pobudzające kroplówki. (śmiech) Często zdarzało się tak, że nie pokazywałam po sobie, że coś się dzieje. 

Operacja

Jednak najgorsze samopoczucie było po pierwszej operacji. Przez kilka dni każdy nawet najmniejszy ruch sprawiał ból, nie mogłam sama wstać z łóżka, ubrać się, ciężko było umyć zęby, zrobić sobie coś do jedzenia. Druga operacja była delikatniejsza, nawet sama się ubrałam jak dostałam wypis ze szpitala. Radioterapię znosiłam dobrze, w połowie pojawiło się zmęczenie, a pod koniec skóra zrobiła się czerwona. Do teraz mam ślady na piersi po naświetlaniach. Z czasem mają zniknąć.

Co było dla ciebie najtrudniejsze podczas leczenia, operacja czy chemioterapia?

Trudno powiedzieć co było trudniejsze. Na początku płakałam nad utratą włosów, najcięższy etap był, jak zaczęły wypadać. Mówi się, że włosy to wizytówka kobiety. Po niecałym miesiącu od pierwszej chemii straciłam wszystkie swoje blond, dość długie włosy. Jednak jak zobaczyłam siebie w lustrze, stwierdziłam, że nie wyglądam źle. Przed operacją bałam się też narkozy. Trzęsłam się jak galareta, a z drugiej strony nie potrafię wyjaśnić skąd wzięłam na to wszystko siły. 

Moje uczucia i emocje

Łzy… czy trzeba się ich wstydzić, czy one pomagają?

Absolutnie nie ma się czego wstydzić, łzy pomagają a przynajmniej w moim przypadku tak jest. Podczas leczenia wyrzucałam w ten sposób emocje, które we mnie siedziały, bo tak jak wspomniałam dużo też dusiłamw sobie. Jednak nadchodziły momenty, że nie wytrzymywałam i pękałam. Zbyt dużo się gromadziło we mnie, każdy ma prawo do swoich reakcji i emocji.

Wspomniałaś, że choroba zweryfikowała nieco twoje grono znajomych i podejście do tych relacji.

Bardzo zweryfikowała, bliższe oraz dalsze grono. Ciężko było przekazać diagnozę rodzinie czy znajomym, nie wiem kto nie był w szoku, gdy dowiadywał się o chorobie. Na każdą chemię jeździłam z mamą – w czasie, kiedy ja przyjmowałam wlewy, ona siedziała obok. Czasem zastanawiam się, jak ona dawała radę patrzeć na mnie, na swoją córkę. Choroba dziecka dla rodzica jest czymś z czym zapewne trudno jest się pogodzić. Co chemię (bo tak się umówiłyśmy wcześniej) pisałam też wiadomości mojej matce chrzestnej jak wygląda sytuacja, jak wyniki badań itd.

Nowotwór zbliżył nas do siebie

W każdych relacjach międzyludzkich są wzloty i upadki. Z mojego punktu widzenia, przez moją chorobę rodzina zbliżyła się do siebie oraz odnowiły się kontakty. Chorobie zawdzięczam to, że przez nią poznałam kilku nowych osób o dobrym sercu. Do dziś mam w nich wsparcie. Udało się też wyjaśnić wiele zaległych spraw co spowodowało, że mam przyjaciółkę.

Tak wspierana dotarłaś do końca leczenia. Wolność, czy jesteś w stanie opisać co czuje człowiek, który kończy ostatnią serię wlewów chemioterapii?

Ostatni wlew miałam 10 września 2019 r. Aż trudno mi uwierzyć, że to już rok. Patrząc z perspektywy czasu to zleciało tak szybko. Odliczałam do końca, czym bliżej to bardziej cieszyłam się i byłam podekscytowana. Czułam wewnętrzną satysfakcje, że mi się udało. Cieszyłam się, bo kilka dni po ostatniej chemii wyjechałam nad morze. Spacerując plażą czułam się taka wolna, ale wiedziałam, że to jeszcze nie koniec. Wynik 1:0 dla mnie.

Dziad, tak nazwałam nowotwór piersi

W jednym z twoich wpisów znalazłam słowa, że „dziad” (bo tak nazwałaś nowotwór) zmienił całe twoje życie, podeście do niego, jak?

Zaczęłam doceniać to co mam, bo zrozumiałam, że tak niewiele trzeba, by wszystko to stracić. Byłam zakompleksioną, nieśmiałą dziewczyną. Teraz czuję, że jestem pewniejsza siebie, kompleksy zmalały. Czasem trzeba wziąć byka za rogi. Nie wiem co będzie za tydzień, rok czy 15 lat, ale chcę żyć pełnią życia. Mam nadzieje, że jeszcze dużo dobrego przede mną. Naprawdę dużo widziałam, ludzie walczący z chorobą nowotworową to wojownicy. Najwidoczniej te obrazy były mi potrzebne.

Samoocena przyznajesz, że to dla ciebie wyzwanie, ale rak potraktowałaś tutaj bardzo dosłownie, walcząc z nim wygrałaś też pewność siebie i wiarą w to jakim jesteś człowiekiem, a nie jak oceniają czy postrzegają cię inni.

Wiedziałam, że rak nie może mnie zniszczyć. Pamiętajmy, rak to nie wyrok! Były chwile załamania, ale też w trakcie choroby przeżyłam kilka pięknych momentów. Samoocena dla każdego jest wyzwaniem, jedni łatwiej radzą sobie z akceptacją samego siebie. Nikt nie jest idealny. To co ludzie o mnie sądzą odłożyłam na dalszy plan, właściwie to przestałam się tym przejmować. Podejścia drugiego człowieka nie zmienię, to on sam musi chcieć zmiany. Kiedyś ktoś mi powiedział, że prawdziwe piękno ma się w środku i z takiego założenia wychodzę. 

Nigdy się nie poddam

Dziś jesteś już po leczeniu, jakie masz zalecenia?

Skończyłam chemioterapię i radioterapię. Jestem w trakcie leczenia hormonalnego, codziennie biorę leczenie oparte o tamoksifen, a co 4-5 tygodni dostaję zastrzyk w brzuch. Mam sztuczną menopauzę, na początku napady gorącą były nie do zniesienia, ale teraz już się przyzwyczaiłam. To mnie czeka przez najbliższe 5 a może nawet 10 lat.

Czeka mnie jeszcze operacja, zaplanowana na 8 października, wymiana ekspanderu na protezę. A co będzie później to czas pokaże. Kobieta czy mężczyzna po raku ma gdzieś z tylu głowy, że to może wrócić. Lęk przed tym pozostanie już na zawsze, ale chcę żyć i to się tylko liczy.

Tyle już przeszłaś, w jednej chwili twój świat wywrócił się do góry nogami. Co powiedziałabyś dziewczynie, w twoim wieku, zakompleksionej, zamkniętej w sobie, niewierzącej w siebie?

Oj tak, świat wywrócił mi się do góry nogami. Życie każdej chorej osoby ulega zmianie. Żyjemy z innymi priorytetami. Przede wszystkim powiedziałabym: „Co by się nie działo to pamiętaj, nigdy się nie poddawaj! Uwierz w siebie i walcz o swoje”. 

Bardzo lubię rozmawiać i słuchać ludzi, pomagać i doradzać, dlatego najpierw chciałabym wysłuchać dokładnie tego, dlaczego ma kompleksy, czemu brakuje jej pewności siebie, bo zawsze jest jakaś tego przyczyna. 

Idę do przodu

Przed tobą kolejny etap, teraz nie dasz się już zatrzymać, jakie masz marzenia do zrealizowania?

Teraz idę do przodu, przeszłość mam taką jaką mam. Będzie w mojej głowie zawsze, ale można powiedzieć, że dostałam drugie życie. Nie oszukujmy się, nie każdy ma tyle szczęścia i sił, by pokonać nowotwór. 

Nie zmarnuję tego daru, chcę być zdrowa i szczęśliwa. Poznać kogoś kto mnie pokocha, zaakceptuje, będzie wspierał i rozbawiał do łez. W miarę możliwości chcę podróżować, poznawać nowe miejsca! Będzie co ma być, ja za to wiem, że jeszcze będzie przepięknie.