Rak trzustki ze względu na lokalizację rozwija się podstępnie i należy do nowotworów trudnych w szybkiej diagnostyce, przez co często wykrywany jest dopiero w zaawansowanych stadiach. Nadal niewiele wiemy też o czynnikach ryzyka tego nowotworu. Do niektórych z nich zalicza się: palenie tytoniu, alkohol, otyłość i cukrzycę oraz czynniki genetyczne (m.in. mutację genu BRCA1).

Nowotwór ten dotknął Arethę Franklin, Patricka Swayze, Annę Przybylską czy Steve’a Jobsa. Ale warto dodać, że mimo złych prognoz mamy coraz lepsze możliwości leczenia, a diagnoza nie musi oznaczać wyroku. Bardzo wiele zależy od tego, kiedy guz zostanie wykryty, na jakim jest etapie rozwoju i jak szybko zostanie podjęte leczenie.

Dlaczego warto podjąć zdeterminowaną walkę i nie tracić nadziei opowiada nam Patrycja Rzadkowska, z zawodu psycholog. W wieku 25 lat wykryto u niej guza trzustki.

Jak doszło u ciebie do diagnozy nowotworu? 

To był całkowity przypadek. Chciałam mądrze i na stale schudnąć, więc zaczęłam ten proces od wizyty u różnych lekarzy specjalistów. W pewnym momencie zostałam zmuszona, aby zmienić lekarza pierwszego kontaktu. I pani doktor, przed skierowaniem mnie do szpitala, chciała wykonać USG brzucha, aby sprawdzić, czy mojej otyłości nie powoduje choroba układu pokarmowego. Podczas USG natrafiła na dużą masę w brzuchu. Nie potrafiła określić co to jest, ani z jakiego organu wychodzi, więc skierowała mnie na tomograf, który wykonałam na drugi dzień.

W oczekiwaniu na wynik, wybrałam się na ponowne USG do zaprzyjaźnionego lekarza. On nie miał już najmniejszych wątpliwości – 16 cm guz ogona i trzonu trzustki. Wynik tomografu, który odebrałam kilka godzin później, tylko potwierdził jego słowa.

Pamiętasz swoją reakcję na diagnozę?

Pamiętam, że po wizycie i badaniu USG nie rozumiałam w ogóle powagi sytuacji. Wyszłam z założenia, że tomograf ma raczej wykluczyć coś poważnego, wyjaśnić wątpliwości. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że może być początkiem diagnozy i walki. Moja najbliższa rodzina podchodziła do tego z większą ostrożnością, a ja nie rozumiałam, czego się boją.

Słowa lekarza

Pamiętam, że gdy usłyszałam od znajomego lekarza: „Niestety, ale jest guz na trzustce”, to świat wokół mnie na chwilę zamarł. Po wyjściu z gabinetu poszłam na chwilę do toalety, żeby powrócić do rzeczywistości. Po badaniu pojechałam do pracy, nie chciałam wracać do domu, musiałam czymś zająć głowę.

Dopiero następnego dnia, w pracy, wpisałam w google „guz trzustki”. Po zobaczeniu wyników wyszukiwania, cisnęłam klawiaturą przez całe biuro. Informacje były przerażające. Miałam wrażenie, że wyrok już zapadł. To był jednak dopiero początek walki.

Jakie zaproponowano i wdrożono u ciebie metody leczenia?

Leczyłam się w Katowicach. Byłam pacjentką prof. Lampe i doc. K uśnierz. To wspaniali lekarze, absolutni specjaliści w swojej dziedzinie. Profesor, jak tylko zobaczył moje wyniki – od razu zdecydował, że należy operować i tak też się stało. Po kilku tygodniach trafiłam na jego oddział w katowickim szpitalu i zostałam zoperowana.

Laparoskopia diagnostyczna

W oczekiwaniu na przyjęcie do Katowic, miałam laparoskopię diagnostyczną we wrocławskim DCO. Profesor nie sugerował takiego rozwiązania, ani też nie wymagał ode mnie wyników histopatologicznych. Ja jednak chciałam wiedzieć.

Co ciekawe, wynik hist-pat z całości guza, który otrzymałam po operacji w Katowicach, był inny od tego z przebadanego wycinka. Prawdopodobnie we Wrocławiu nie mieli odpowiedniego materiału porównawczego, gdyż miałam bardzo rzadki typ nowotworu.

Po operacji pojawiła się też konieczność wsparcia żywieniowego, dlaczego i jak sobie z nią poradziłaś?

Tak, trzeba było wdrożyć żywienie pozajelitowe. To było jakieś 3 tygodnie po operacji. Jednym z pooperacyjnych powikłań, które mi się przytrafiło, była przetoka trzustkowa – przewód trzustkowy został przerwany i sok trzustkowy wyciekał do otrzewnej i na zewnątrz brzucha, poprzez miejsca po drenach. Mieliśmy nadzieję, że samoistnie dojdzie do zaleczenia przetoki, więc przez cały pooperacyjny czas mogłam spożywać jedynie domowy, chudy rosołek w ilości 3 kubki na dzień.

Wsparcie żywieniowe

Przyznam szczerze, że po tygodniu przestałam odczuwać głód. Jednocześnie zaczęłam słabnąć, bo było to za mało dla mojego organizmu. Wraz ze spadkiem sił fizycznych, zaczęłam również podupadać psychicznie. Przetoka się nie goiła, moje wyniki spadały, aż pewnej nocy zemdlałam w toalecie. Wtedy zapadła decyzja o wsparciu żywieniowym.

Na szczęście żywienie pozajelitowe zostało właściwie wdrożone i wspomogło twoje leczenie nowotworowe? 

Wsparło i to bardzo szybko! Już po 2 dniach odczułam poprawę. Poczułam się lepiej fizycznie i wtedy też mentalnie zaczęło się robić lepiej. Byłam tak karmiona około tygodnia. Niestety, przetoka się nie zagoiła, więc została mi założona proteza przewodu trzustkowego. Po czterech tygodniach od operacji zostałam z drenem wypisana do domu. Była już druga połowa października. Wyciek soku trzustkowego ustał w styczniu. Wtedy też został wyciągnięty dren.

Protezę wymieniano mi co kilka miesięcy, żeby w styczniu 2019 roku wyciągnąć ją całkowicie. Rekonwalescencja w domu trwała jakieś 1,5 roku od operacji.

Skąd czerpiesz siły i wolę walki, na jakie wsparcie mogłaś liczyć?

Szczerze mówiąc – nie wiem. Z natury jestem raczej optymistką. Mam też ogromny dystans do siebie i do życia. Jestem wesoła i czerpię energię z czego tylko się da. Z wykształcenia jestem psychologiem, więc na pewno wiedza, którą zdobyłam na studiach była pomocna.

Zawsze mogłam liczyć na wsparcie najbliższych mi osób – moich cudownych rodziców, najbliższego kuzynostwa (a szczególnie kuzynek!), rodziny. Mam najcudowniejsze przyjaciółki, które przyjeżdżały odwiedzić mnie w Katowicach z mojej rodzinnej Oławy, Warszawy, czy Krakowa. Z kilkoma z nich znam się całe życie – dosłownie! Wychowywałyśmy się na jednym podwórku i są dla mnie ogromną siłą.

Siły do walki z chorobą

Mam poczucie, że nic nie jest w stanie nas zniszczyć. Z innymi połączyła mnie całkowitym przypadkiem wspólna pasja – trzy różne od siebie osoby, mieszkające w różnych częściach Polski, a jesteśmy dla siebie nieocenionym wsparciem.

Ci ludzie, to moja armia. Armia, która trwała ze mną każdego dnia i pomagała mi walczyć. Wspólnie wygraliśmy z moją chorobą. Bez nich – rodziny i przyjaciół – byłoby to niemożliwe.

Przyglądając się twojej historii wiem, że choroba wpłynęła na twoje studia, opowiedz coś o tym.

Zostałam zdiagnozowana latem po ostatnim roku studiów psychologicznych. Obronę pracy magisterskiej zaplanowałam na jesień. Niestety, ze względu na chorobę nie udało się. Broniłam się w następnym roku. Ale zmieniłam temat pracy magisterskiej na taki z obszaru psychoonkologii. Od razu po obronie, w październiku rozpoczęłam studia podyplomowe z psychoonkologii.

Psychoonkologia

Mogę powiedzieć, że poczułam tę dziedzinę psychologii – również dosłownie. W trakcie diagnozy, choroby, leczenia i później, byłam pod opieką wspaniałej psychoonkolog. Bardzo pomogła mi przejść przez cały proces chorowania i zdrowienia.

Pamiętam też, że pewnego wieczoru w szpitalu, kiedy spacerowałam po oddziale, rozmawiałam przez telefon z kuzynką. Śmiałyśmy się, że jeszcze zmienię swoje naukowe zainteresowania i pójdę w stronę psychoonkologii – i tak właśnie się stało. Niestety, na co dzień nie pracuję w zawodzie (jeszcze!), ale spełniam się w tym kierunku, współpracując z Fundacją EuropaColon Polska

Ostatnio zrobiłaś coś szalonego, bo żyć to się nazywa iść na całość?

Teraz musiałam niestety zwolnić, ponieważ w krótkim czasie doświadczyłam dwóch epizodów zapalenia trzustki… Wcześniej jednak spełniłam swoje marzenie uczestnicząc w festiwalu muzycznym, wraz z przyjaciółką – najlepszą możliwą kompanką, która zabrała mnie też w końcu na orłowskie molo w Gdyni, o czym marzyłam.

Spędziłam niezapomnianego Sylwestra w Gruzji z wyjątkowymi osobami. Dokładnie rok temu odwiedziłam Rzym, dzięki współpracy z Fundacją. W marcu miałam lecieć do Londynu, ale niestety te plany muszę przełożyć. Mam w planach kilka koncertów: Kings of Leon, OneRepublic, Elton John. I ciągle mam też nadzieję, że te plany uda się zrealizować.

Czas na zmiany

W czerwcu zeszłego roku drastycznie zmieniłam fryzurę – to chyba można zaliczyć do kategorii szalonych rzeczy (uśmiech). Od dłuższego czasu chciałam skrócić włosy, ale zawsze znalazł się powód, aby ostatecznie tego nie robić. Teraz jednak znalazłam niepodważalny.

Po chorobie onkologicznej nie mogę być dawcą krwi, szpiku, ani organów. Jedyne, co mogę oddać, to włosy. Moje miały długość do ramion, ścięłam je na półmęsko, a warkoczyki przekazałam na perukę dla kobiet po leczeniu onkologicznym. To była świetna decyzja! W krótkiej fryzurze od razu poczułam się bardzo dobrze, jakbym od zawsze taką nosiła.

To „pójście na całość” nie jest dla mnie równoznaczne z „robieniem czegoś szalonego”. Choć nie dziwi mnie, że zazwyczaj tak się kojarzy. Dla mnie jest to korzystanie z każdej okazji, która daje mi życie. To są spotkania z najbliższych, poznawanie ludzi, koncerty, podróże, książki. To nieodkładanie życia na później.

Kolekcjonowanie wspomnieć i momentów. Sądzę, że każdy ma swoją definicję „pójścia na całość” i każda z tych definicji jest tak samo dobra. Tylko każda jest inna, tak samo jak inny jest każdy człowiek, który tę definicję tworzy.

Dla mnie to niemarnowanie czasu, spełnianie swoich marzeń, celów i tworzenie następnych. To też otaczający mnie ludzie, o których staram się dbać. To wreszcie spokój i niekończąca się pogoda ducha. 

To nadzieja, że na końcu nie będę miała poczucia żalu, że czegoś nie zrobiłam.